piątek, 25 listopada 2016

Część 17.



Część 17.


„Znajomy adres, te same schody
I nagły przestrach u drzwi.
A może to wszystko się śni...?
Zwyczajne kwiaty na parapecie,
Po kątach też zwykły kurz.
A jeśli to przepadło już ...?"
Anna Jantar – „Nic nie może wiecznie trwać”


            Tamtego wieczoru u Toma nie poczynił już żadnych kroków, nie zbliżył się do Babette i dalszą część przyjęcia zachował nad wyraz przyzwoicie i z klasą.
            Obiecał sobie wówczas, że najpierw rozstanie się z Patrizią, a potem będzie starał ułożyć życie tak, jak tego pragnął. Jednak zupełnie nie wiedział jak ma ten spektakl rozegrać, jak postąpić. Przyrzeczenie dane Patrizii już niemal całkowicie odeszło w cień targających nim innych uczuć, jednak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Babette nie przyjmie zbyt dobrze wiadomości o ich rozstaniu, w dodatku jeśli to on odejdzie stając się przyczyną jej łez, pozostawiając po sobie w jej życiu popiół i zgliszcza. Jak więc miał poukładać to wszystko, żeby wreszcie zaznać upragnionego szczęścia?
            Siedział w swoim salonie zatapiając się w myślach, rozważając każdą ewentualność, uporczywie wszystko analizując. Gdyby chociaż mógł się czymś zająć, może nie miałby aż tyle czasu, żeby się tym wszystkim zadręczać. Upragnione wolne między świętami, a sylwestrem, najmniej mu było teraz potrzebne.
            Patrizia pojechała na ostatnią przymiarkę sylwestrowej sukni, a i Max też się gdzieś szykował. Za chwilę miał zostać w domu zupełnie sam i zastanawiał się, czy przypadkiem nie pojechać do Toma.
            Potrzebował jakiegoś zajęcia, choćby rozmowy, wiedział, że jeśli zostanie w domu gotów się zadręczyć. Wszystko wymykało mu się spod kontroli, nie radził już sobie nawet z własnymi myślami. Teraz dla odmiany zastanawiał się nad losem Maxa. Jak to wszystko poukłada, jeśli już rozstanie się z Patrizią? Był z nim bardzo związany i chociaż nie był jego biologicznym ojcem, traktował go jak własnego syna. Tu był jego dom, studio w którym grali, całe jego życie... Jak ma mu powiedzieć, że chce opuścić jego matkę? Chciałby, żeby Max został z nim, ale czy w ogóle powinien coś takiego proponować?
            Czuł się okropnie, dylematy rozsadzały mu czaszkę, i nie potrafił tego poukładać.
            - Bill… - Usłyszał nagle niepewny głos chłopaka, który stał przy filarze u wejścia do salonu. Spojrzał na niego rozkojarzony, wyrwany z dalekiej krainy swoich rozmyślań. - Mam jeszcze chwilę do wyjścia, czekam właściwie tylko na kwiaty.
            - Na kwiaty? - Bill uniósł do góry brwi, zdezorientowany, o czym chłopak mówi.
            - Tak, Amy ma dzisiaj urodziny, niedługo jadę do niej, ale póki co możemy chwilę pogadać? - zapytał Max.
            - Jasne, ja w zasadzie nie mam nic do roboty, jak widzisz cały dzień się obijam - uśmiechnął się do niego przyszywany ojciec.
            Chłopak przysunął sobie bujany fotel i usiadł w nim na wprost Billa, który nawet ucieszył się, że będzie mógł choć przez chwilę nie myśleć o swoich zmartwieniach. Nie wiedział czego ma dotyczyć ich rozmowa, myślał, że Max po prostu chce się w czymś poradzić. Nie miał pojęcia, że przez zwykły zbieg okoliczności przysporzy mu bólu i dodatkowych zmartwień.
            - Bo wiesz... - zaczął niepewnie, skupiając całą swoją uwagę na palcach, które teraz zaciskał jeden na drugim. - Właściwie nie wiem jak mam ci o tym powiedzieć...
            - Najlepiej wprost, masz problem z Amy? Chodzi o zespół? - Bill próbował dodać mu odwagi.
            - Nie, nie... Nie o zespół, po części o Amy...
            - Pokłóciliście się? - Puścił mu oczko, uśmiechając się. - No w czym mogę pomóc? Gadaj, śmiało!
            - Nie chodzi o to, co jest między nami, bo tu jest wszystko okej, po prostu przed świętami dowiedziałem się o czymś, co nie daje mi spokoju, ale nie było kiedy pogadać, a teraz nie ma mamy i... - zawahał się, a Bill spojrzał na niego podejrzliwie.
            - No i...?
            - Wiem, że nie jesteś szczęśliwy z moją matką - wypalił Max, wyczekując jego reakcji.
            Bill poruszył się niespokojnie, nie wiedział co ma mu odpowiedzieć, tym bardziej, że chłopak miał rację, może trochę zaskoczyło go to stwierdzenie, ale w sumie nie mógł się dziwić, był spostrzegawczy i na pewno zauważył, że coś jest nie tak, szczególnie teraz.
            - Ja ostatnio w ogóle nie nadaję się do życia, przepraszam… - odpowiedział zdawkowo, przesuwając dłonią po twarzy.
            - Wiem dlaczego, to znaczy chyba wiem jaka jest tego przyczyna… - Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, jakby chcieli z nich wyczytać własne myśli. - Ja wszystko wiem, Babette jest matką Amy - dodał Max.
            Bill patrzył na chłopaka słuchając go w skupieniu i wcale nie zaskoczyły go jego słowa. Wiedział, czuł to od początku, a teraz Max po prostu wszystko potwierdził, w dodatku powiedział to takim tonem, jakby o jego przeszłości wiedział bardzo dużo.
            - Wiem... To znaczy domyślałem się tego od samego początku - odpowiedział po chwili. - Kiedy przyszła tu po raz pierwszy, zobaczyłem w niej Babette. Jest taka do niej podobna… Mówiła, że niedawno przyjechała z matką ze Stanów, czułem, że to może być jej córka... Potem, kiedy na dodatek powiedziała mi o kominku...
            - O jakim kominku? - zdziwił się Max unosząc lekko brwi.
            - O tym - Bill wskazał ręką na palenisko. - Jest niemal identyczny, jak ten w domu Babette, bo chciałem żeby taki był, dlatego zwróciła na niego wówczas uwagę. Ona powiedziała wtedy, że ma prawie taki sam w domu. A kiedy Babette powiedziała mi, że jej córka ma na imię Amy, już byłem pewien.
            - Widziałem ten kominek u nich, trochę się różnią, ale podobieństwo jest faktycznie duże. – Max teraz przypomniał sobie, jak pewnego dnia, jeszcze nie mając o niczym pojęcia zastanawiali się nad tym z Amy. Teraz dotarło do niego, jak bardzo Bill musiał kochać jej matkę, że przywołał ze wspomnień wygląd kominka z jej mieszkania, aby zbudować w swoim niemal identyczny. Nie miał pojęcia jaką rolę ten przedmiot wywołał w jego życiu, ale wiedział, że dla mężczyzny jest czymś wyjątkowym. - Ja, to znaczy my… my wiemy o tym co was łączyło, Amy znalazła w domu wasze zdjęcia i Babette opowiedziała jej o wszystkim - wyjawił chłopak.
            Bill westchnął ciężko. Obawiał się, że Max może mieć do niego jakieś pretensje, nie wiedział dokąd ma prowadzić ta rozmowa, dlatego też zamilkł, pozwalając chłopakowi pociągnąć dalej temat tak, jak on uważał.
            - Możesz być ze mną szczery? - zapytał blondyn.
            - Jasne, pytaj o co tylko chcesz, niczego nie będę przed tobą taił.
            - To dlatego te kłótnie z matką, tak? Ona wie, prawda?
            Czarnowłosy mężczyzna pokiwał tylko głową, przeczesując palcami włosy, a chłopak patrzył na niego wyczekująco. Był odrobinę zakłopotany, ale wiedział, że aby nie stracić jego zaufania, musi być z nim po prostu szczery.
            - Wie... Zawsze wiedziała, że kocham kogoś innego, chociaż starałem się przez te wszystkie lata zapomnieć, przestać kochać... Niestety, nie udało mi się... Przepraszam... - Prosił wzrokiem o wybaczenie, bo tymi słowami tylko potwierdził, że zamiast jego matki, kocha inną kobietę. Teraz już wszystko było jasne, nie mógł więc ukrywać przed chłopakiem tego co czuje, obawiał się tylko, że Max go znienawidzi, że przez to wszystko popsują się doskonałe relacje między nimi.
            - Ja wiedziałem, że między tobą a matką nigdy nie było wielkiej miłości, ale przecież nie było źle... - powiedział chłopak, wbijając wzrok w podłogę. Nie ukrywał, że to jest dla niego bardzo trudne i też obawiał się o ich wspólną przyszłość.
            - To tylko moja wina... - zaczął Bill, lecz rozmówca przerwał mu tę wypowiedź.
            - Nie, nie! - Niemal krzyknął. - Chcę żebyś wiedział, że ja nie mam ci tego za złe, to  nie jest twoja wina, że tak bardzo kochasz inną, los i tak cię okrutnie doświadczył, coś was rozdzieliło. Po prostu chciałem powiedzieć ci, że mam świadomość tego, że między wami nie ma szans się ułożyć.
            - Max… - powiedział łagodnie Bill. – To jest moja wina, bo nie powinienem był wiązać się z twoją matką, skoro nie potrafiłem zapomnieć. Tylko ją unieszczęśliwiłem.
            - Nie mów tak, nie wiedziałeś przecież jak będzie, chciałeś dać wam szansę, byłeś z nią, ona na pewno w jakiś tam sposób była szczęśliwa. Nie powiem, że nie jest mi przykro z tego powodu, ale ty też masz prawo do szczęścia, szczególnie teraz, kiedy twoja miłość znów tu jest…
            Popatrzyli na siebie niepewnie. Bill nie spodziewał się takiej reakcji ze strony chłopaka, myślał raczej, że będzie robił mu wyrzuty z powodu matki, tymczasem on sprawiał wrażenie, jakby stał po jego stronie. Może odrobinę także z powodu Amy? Jednak bał się przyszłości, nie wiedział jak to wszystko będzie teraz wyglądało, w przypadku, jeśli rozstanie się z jego rodzicielką.
            - Co teraz będzie...? - zadał nieśmiało pytanie.
            - Nie wiem, po prostu nie wiem... Jestem zwykłym dupkiem, bo nie umiem podjąć żadnej decyzji... - zrezygnowanym tonem odparł Bill, znów przecierając twarz dłonią. Zawsze tak robił, kiedy się denerwował.
            - Chcę żebyś wiedział, że cokolwiek zrobisz, nie będę miał ci tego za złe. Kocham cię jak ojca - powiedział chłopak wstając. Zaskoczony takim wyznaniem Bill, również się podniósł.
            - Dziękuję - odparł - Ja też cię kocham... Jak syna... - Jakby na potwierdzenie swojego wyznania uścisnął go i niemal w tej samej chwili obaj usłyszeli dźwięk dzwonka domofonu.
            - To pewnie mój bukiet idzie - uśmiechnął się Max i odrywając od mężczyzny, podążył do drzwi. Faktycznie, po chwili wrócił z naręczem pięknych, krwistoczerwonych róż. Na ten widok Bill podniósł do góry brwi i zagwizdał z podziwu, po czym skomentował, śmiejąc się głośno;
            - No piękny bukiet! Ja nie wiedziałem, że ty taki romantyczny jesteś.
            - Mam to pewnie po tobie - Żartobliwie odgryzł się blondyn, wybierając numer na radio-taxi, po czym zamówił taksówkę. Okazały pęk kwiatów w oczekiwaniu leżał na szafce.
            - Trzeba było powiedzieć to bym cię odwiózł.
            - Odpoczywaj spokojnie, ja dam radę. – Chłopak puścił mu oczko i szykując się do wyjścia, zerknął do lustra poprawiając fryzurę.
            - Tyle kwiatów ile kończy lat, zgadłem? – zagadnął Bill, nie odrywając spojrzenia od róż.
            - Zgadłeś - roześmiał się chłopak.
            - No, no... Piętnaście róż plus prezent. Wykosztowałeś się pewnie.
            - Szesnaście - poprawił go Max z uśmiechem, po czym powtórzył - Szesnaście.
            Nastała chwila złowrogiej ciszy, podczas gdy chłopak jeszcze wprowadzał z swój wygląd ostatnie poprawki przed lustrem, w głowie czarnowłosego mężczyzny niczym echo odbijała się wypowiedziana przez niego cyfra.
            - Jak to? Zdaje się... To znaczy, Tom kiedyś mówił, że ma piętnaście... - próbował upewnić się Bill.
            - Aj tam, coś źle usłyszałeś, albo Tom coś pokręcił. Dwudziesty ósmy grudzień, dwa tysiące siódmy. No chyba wiem ile lat dzisiaj kończy moja dziewczyna - odpowiedział pewnie chłopak, zerkając przez okno w kuchni. - No i jest moja taksówka.
            Pospiesznie założył kurtkę, wziął bukiet i prezent, kierując swoje kroki w kierunku drzwi wyjściowych.
            - Wesołej zabawy! - krzyknął mu na odchodne Bill, którego z każdą chwilą zaczął obezwładniać coraz większy niepokój. - Dzięki, cześć! – odkrzyknął podopieczny, zamykając za sobą drzwi. Wyszedł.
Bill zerknął za nim przez kuchenne okno i sięgnął po papierosa, zastanawiając się nad słowami Maxa. Wypowiedziana przez chłopaka data coraz głośniej odbijała się echem w jego głowie. Miał wrażenie, że każda cyfra z osobna boleśnie bombarduje jego umysł i nie sposób było tak po prostu przestać o tym myśleć. Do tej pory żył w przekonaniu, że córka Babette ma piętnaście lat, ale jeśli była starsza o rok…
            - Dwudziesty ósmy grudzień, dwa tysiące siódmy... - powtórzył sobie pod nosem datę urodzin Amy. Z każdym wypowiedzianym przez siebie słowem czuł, jak krew coraz szybciej krąży mu w żyłach. - Przecież to był ten rok... Na początku czerwca się rozstaliśmy... - powiedział sam do siebie, znów skrupulatnie wszystko analizując. Każda upływająca sekunda sprawiała, że pod wpływem swoich przypuszczeń jego ciało drżało coraz bardziej, a serce waliło mu coraz mocniej. Znowu zaciągnął się papierosem. Nie wierzył swoim domysłom, choć z każdym kolejnym utwierdzał się w swoich przypuszczeniach, żadna cyfra w tej dacie nie kłamała. Bał się ale musiał policzyć, po prostu musiał to wiedzieć... Położył niedopałek na popielniczce i spojrzał na swoje drżące dłonie. Zacisnął je w pięści i zaczął odliczać.
            - Listopad, październik, wrzesień... - Za każdym wypowiedzianym miesiącem, prostował kolejny palec. - ...sierpień, lipiec, czerwiec... Przecież w lipcu wyjechała... - jęknął i przerwał na chwilę. Pociemniało mu przed oczami, całe ciało pulsowało od emocji. - ... maj, kwiecień, marzec... dwa tysiące siódmy.
            Opuścił bezwładnie ręce wzdłuż ciała, zawieszając wzrok na wciąż tlącym się niedopałku. Nie wierzył w swoją wyliczankę i chyba nie chciał w nią wierzyć...
            - Nie, to niemożliwe! - krzyknął. Coś od środka rozrywało mu serce i chociaż to co właśnie sobie uzmysłowił, wciąż było tylko jego przypuszczeniem, to i tak poczuł obezwładniający ból. Nerwy sparaliżowały go doszczętnie, dłonie drżały mu tak, że nie mógł odpalić kolejnego papierosa, pieczenie w mostku i kołatanie serca mógłby w sumie uznać za początek zawału i właściwie sam nie był pewien, czy w tej chwili nie przechodzi jego początkowego stadium.
            Nie wiedział co jest prawdą, czy to, że Amy może być jego córką, czy fakt, że Babette podczas trwania ich związku zdradzała go z Martinem. Ale nie wierzył i nie chciał wierzyć w tę drugą ewentualność. Przecież wtedy to był ich najwspanialszy okres, co prawda rzadko się widywali, on wówczas intensywnie koncertował, ale kiedy już do niej wracał spędzali ze sobą upojne chwile i przecież do cholery kochali się! Ale z drugiej strony, czy byłaby aż tak perfidna, aby tyle lat to wszystko przed nim kryć?!
            Znów to potworne uderzenie palącego prawdopodobieństwa, nawracający ból z każdym skojarzonym faktem, z każdym, choćby najdrobniejszym detalem. Uporczywie starał się przywrócić wszystkie wspomnienia, jego umysł pracował teraz w wielkich mękach na najwyższych obrotach. „Ale jak to możliwe? Przecież brała tabletki…”, starał się odzyskać choćby najmniejszy szczegół ze swoich wspomnień, jakoś to wszystko poukładać w umyśle, może nawet ją usprawiedliwić, zadając sobie jednocześnie masę pytań. I w tej właśnie chwili przypomniał sobie ten czas, kiedy tak bardzo źle się czuła, kiedy zdarzały jej się nawet omdlenia. Tylko jak to się mogło stać? No cóż… Widać nie ma rzeczy niemożliwych…
            W przeciągu zaledwie godziny wypalił kilka papierosów, praktycznie odpalając jeden od drugiego, cały się trząsł i miał ochotę płakać, chociaż nie… On miał ochotę wyć z rozpaczy i bezsilności wobec rzeczywistości, jaka nagle wyłoniła się z cienia.
            Targały nim skrajne uczucia, od wściekłości, poprzez żal i niemoc, w końcu krętą ścieżką wiodąc przez niepewność dobrnął do nagłej euforii.
            A jeśli to prawda, jeśli naprawdę Amy jest jego dzieckiem...? Dzieckiem które tyle lat żyło z dala od niego? Przymknął oczy, starając ją zwizualizować pod powiekami i odnaleźć jakąś odrobinę podobieństwa, jednak to było trudne, bo zapamiętał ją jako młodszą wersję jej matki.
            Nie... To niemożliwe... Babette nie skazałaby go tak beztrosko na tę wieloletnią rozłąkę z własną córką, nie ona, ona na pewno nie byłaby do tego zdolna, nie trzymałaby tego tyle lat w tajemnicy. Jeśli już tak by się stało, na pewno nie wyjechałaby z takim strasznym sekretem, nie wyjawiając mu wszystkiego...
            Natłok myśli, mętlik niepoukładanych zdarzeń, sam już się w tym wszystkim pogubił, im dalej zapędzał się pamięcią w przeszłość, tym bardziej zaczynało mu się wszystko mieszać.
            Już nie wierzył w nic i niczego nie rozumiał, ale wiedział jedno; dowie się wszystkiego, ona musi powiedzieć mu całą prawdę i zrobi to teraz, albo nigdy…
  
~
           
           - Chyba idzie twój pierwszy gość - zwróciła się do córki Babette.
            Amy ochoczo otworzyła drzwi, za którymi zobaczyła Maxa z pokaźnym bukietem róż w dłoniach. Serce zabiło jej mocniej.
            - Cześć, wejdź proszę - Amy uprzejmym gestem zaprosiła go do środka.
            - Cześć kochanie.
            Max przywitał ją całusem i uroczym uśmiechem, po czym wyjął ukrywany za plecami prezent.
            - Życzę ci spełnienia marzeń, dużo szczęścia, miłości, żebyś zawsze tak pięknie wyglądała i była tylko moja…
            Dziewczyna roześmiała się radośnie.
            - Tym samym złożyłeś życzenia i sobie – skwitowała żartobliwie, mając na myśli ich drugą część.
            - No tak, ale wiem, że ty też tego chcesz - uśmiechnął się, przymrużając oczy.
            - Pewnie, że chcę - odpowiedziała cicho Amy.
            Korzystając z ukrycia, jakie stanowiły ściany oddzielające przedpokój od reszty mieszkania, a przede wszystkim od kuchni, w której była Babette, Max przytulił ją do siebie i zanurzyli się w rozkoszy namiętnego pocałunku.
            Babette, do której nie docierały w tym momencie żadne fragmenty rozmowy, uśmiechnęła się do siebie pod nosem domyślając się, co właśnie dzieje się tam, za ścianą. Po dłuższej chwili obydwoje stanęli w wejściu do kuchni.
            - Mamo, pozwól na chwilkę – odezwała się dziewczyna, a kiedy Babette do nich podeszła przedstawiła jej swojego chłopaka. - To jest właśnie Max.
Mama przyjaźnie wyciągnęła rękę w geście powitania:
            - No nareszcie, myślałam, że już nigdy mi ciebie nie pokaże.
            Uśmiechnięty chłopak przyglądał jej się bardzo uważnie. Więc to była ta kobieta, przez którą tyle łez wylała jego matka, jej odwieczna rywalka i wielka miłość Billa. Faktycznie, były do siebie z Amy bardzo podobne i teraz już nie dziwił mu się, bo sam wybrał i pokochał jej młodszą kopię.
            - Miło mi, Max jestem – odezwał się po chwili, po czym szarmancko cmoknął Babette w rękę.
            - Amy, no to zaproś gościa do pokoju, a ja tu dokończę przygotowania i się zmywam – zwróciła się do córki.
            - Ale czemu pani wychodzi? Proszę zostać – odezwał się chłopak.
            - Lizus! – Ze śmiechem zganiła go Amy.
            - Nie, nie... Jesteś bardzo miły, ale wychodzę, co to za impreza jak starzy się kręcą po domu – Babette puściła mu oczko, po czym zwróciła się do córki. – Zabierz kochanie te sałatki do pokoju.
            W przeciągu pół godziny przyszli już prawie wszyscy goście Amy. Impreza była w zasadzie przygotowana, stół zastawiony, z głośników sączyła się muzyka. Babette krzątała się po kuchni sprawdzając czy o czymś nie zapomniała. Jeszcze tylko ostatnie instrukcje dla Amy i będzie mogła spokojnie wyjść.
            - Pamiętaj, zapiekankę wstawisz do rozgrzanego piekarnika na dwadzieścia minut, tylko koniecznie minutnik sobie nastaw, bo jak zapomnisz to się przypali – dawała ostatnie instrukcje mama.
            - Dobrze, wiem – uśmiechnęła się dziewczyna, całując matkę w policzek, w podzięce za pomoc w przygotowaniu imprezy.
            - Nawet niezły ten twój Max - powiedziała w końcu Babette, puszczając oczko córce.
            - A nie mówiłam, że ci się spodoba? - Dziewczyna uśmiechnęła się z dumą.
            - Fajny, fajny, ale ja i tak wolę brunetów - dodała przekornie.
            - Wiedziałam, że będzie jakieś „ale”, dobrze, że tylko takie - roześmiała się Amy, otwierając lodówkę. - Znam takiego jednego, ma czarne włosy i jest bardzo przystojny. Tylko, że on pewnie by cię już nie chciał, bo jesteś... ekhem... - Amy przerwała na chwilę swój filozoficzny wywód i odchrząknęła porozumiewawczo. Babette natychmiast podchwyciła:
            - Co jestem? No co? - powiedziała żartobliwie z groźną miną.
            - Za stara! - Roześmiała się Amy i w popłochu umknęła z kuchni, lecz zaraz wróciła po to, czego nie zabrała.
            - Jesteś okropna, mam podłą córkę... - Naburmuszyła się żartobliwie Babette.
            - Oj mamuś... - Amy objęła ją mocno - Wiesz przecież, że żartowałam... - Ucałowały się z miłością.
            - Bardzo cię kocham.
            - Ja ciebie też – odpowiedziała na wyznanie mamy, Amy.
            - No, skoro wszystko już gotowe to mogę spokojnie iść. Będę jutro po pracy, gdybyś czegoś nie zdążyła sprzątnąć, zrobimy to razem jak wrócę – powiedziała Babette, zasuwając kozaki. – No i oczywiście zadzwonię – dodała, tajemniczo się uśmiechając.
            Amy westchnęła tylko, przewracając oczami. Co prawda nie planowała niczego jak wyjdą goście, ale…
            Babette założyła płaszcz i zrobiła kilka kroków w stronę pokoju, aby pożegnać wszystkich przybyłych.
            - To ja was zostawiam i życzę wesołej zabawy.
            - Do widzenia!
            - Miłego wieczoru!
            - Dobranoc, dziękujemy! – rozległy się głosy.
            - Dobranoc – odpowiedziała kobieta z uśmiechem. - Grzecznie proszę – zwróciła się jeszcze do córki, żartobliwie kiwając wskazującym palcem i odprowadzona jej szczęśliwym spojrzeniem, wzięła niewielką torbę w którą spakowała kilka osobistych rzeczy i wyszła.
~

            Zawsze uważał się za silnego człowieka, przecież tyle w swoim życiu już przeszedł, był czas, że tonął w morzu bólu i udręki, wiele wycierpiał, jednak to wszystko go nie złamało, a uczyniło silniejszym. Teraz, jadąc ulicami Berlina zastanawiał się co zrobi, jeśli jego domysły okażą się prawdą, jak zareaguje? Nie potrafił sobie tego wszystkiego wyobrazić, był zdenerwowany i na samą myśl o tym, jego ciało tężało pod presją obezwładniających, zimnych dreszczy. Ekscytacja pochwyciła go w swoje objęcia napędzając uporczywą gonitwę myśli. Żołądek skurczył mu się boleśnie, dając o sobie znać. Najchętniej napiłby się teraz czegoś mocniejszego, znieczulił to wszystko, ale najpierw potrzebował rozwiać każdą wątpliwość, wszystkiego się dowiedzieć, choćby najgorszej prawdy. Tylko która z tych prawd była gorsza…? Ta, że Amy jest jego córką, czy ta, że Martina?
            Miał nieoparte wrażenie, że stoi u progu jakiegoś największego, życiowego egzaminu, choć nie od niego zależało to, czy w ogóle go zda. Tak bardzo się bał… Dobrze wiedział, jaką prawdę wolałby usłyszeć, choć z pewnością byłaby równie bolesna jak ta druga. Ten czas, te stracone lata… Teraz zadawał sobie pytanie, czy, jeśli jest tak, jakby pragnął, to czy zdoła jej wybaczyć ten czas? Ucieczkę, rozłąkę, jaka dokonała się między nimi, wybaczył jej z chwilą, kiedy po raz pierwszy po latach spojrzał jej w oczy, ale jak wpłynie na ich relacje fakt, że na tak długo rozdzieliła go z własną córką?
            Mimo tych wszystkich niezwykle bolesnych rozważań, świadomość, że może być ojcem, rozchodziła się miłym ciepłem po jego sercu. Ale… No właśnie, było to „ale” i to dość ważne, znaczące, mające zapewne wpływ na jego dalsze życie.
            Jeżeli go okłamała… Nie, źle ubierał myśli w słowa, może to nie było kłamstwo, ale z pewnością zatajenie prawdy. Choć w zasadzie przecież to było prawie to samo, w dodatku nie jakaś błahostka, tu chodziło o dziecko, o niemal dorosłą już dziewczynę, być może jego córkę, którą wychowywał obcy człowiek, a jemu nie było dane cieszyć się tym szczęściem… Obcy człowiek, jego odwieczny rywal. Poczuł kolejny, nagły, kłujący uścisk w sercu.
            Jechał szybko, nieuważnie, cudem unikając zapłacenia mandatu, lub nawet stłuczki. Nie dbał o to, teraz liczyło się tylko jedno: jak najszybciej chciał się dowiedzieć, już, teraz, natychmiast!
            Zaparkował niemal pod samą klatką, dość znacznie lokując auto na chodniku. Wysiadł, spoglądając w rozświetlone okna. No tak… urodziny Amy… Prawdopodobnie jego dziecko, jego piękna córka ma dzisiaj urodziny, a on nawet nie może jej złożyć życzeń…
            Teraz do głowy dobiła mu kolejna refleksja. Przecież jeśli on dotąd o tym nie wiedział, to zapewne i ona tyle lat żyje w nieświadomości, uważając za swojego ojca tamtego człowieka. Przystanął na chwilę, wdychając mroźne powietrze, jakby chciał dzięki temu jakoś okiełznać rodzące się w nim szaleństwo. 
            A jeśli Babette wbiła jej do głowy, że ojcem jest jakiś nieznajomy facet, który jej nie chciał? A może ona wie? Może Babette jej powiedziała? Nie… Niemożliwe, przecież wówczas i jemu wyjawiłaby całą prawdę. Ale zaraz, chwileczkę… Czy istnieje w ogóle taka prawda jakiej się spodziewa? Może to wcale nie jest jego córka? A jeśli jednak jest…?
            Nie daruje jej tego…
            Nie zamierzał zepsuć dziewczynie jej święta, ale z jej matką dziś rozprawi się na pewno, będzie musiała mu wszystko powiedzieć, całą prawdę. Wyciągnie ją z domu pod byle pretekstem i szczerze porozmawia w cztery oczy, bo to z pewnością nie była rozmowa na telefon.
            Wbiegł do klatki, serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. Z kosmiczną prędkością pokonywał schody, przeskakując po dwa, spiesząc się na spotkanie z bolesną i zarazem radosną prawdą…
~

            Zadowolona wyszła na klatkę, zamykając za sobą drzwi. Miała nadzieję, że nie zapomniała o niczym i dopięła imprezę na ostatni guzik. Zresztą w razie czego, Amy pewnie do niej zadzwoni. Noc miała spędzić u Julii, zostawiając młodym tak zwaną „wolną chatę”, a rano prosto stamtąd udać się do pracy. Niestety, ona nie miała świątecznej przerwy, a nie chciała brać urlopu, bo po prostu nie był jej teraz potrzebny. Wolne dni powinna raczej zostawić na jakieś ważne sprawy, lub zwyczajny, letni wypoczynek.
            Zatrzymała się jeszcze chwilkę pod drzwiami, nasłuchując. Po jej wyjściu od razu zrobiło się głośniej, nie tylko z powodu muzyki. Uśmiechnęła się do siebie i wolnym krokiem zaczęła schodzić po schodach. Nie spieszyła się, miała ochotę się przejść, bo dzisiaj był wyjątkowo piękny dzień. Mały mrozek, dużo śniegu, czyli, taka zima jaką najbardziej lubiła. Co prawda słońce już dawno zaszło, ale za to jego miejsce zajął złocisty księżyc ze swoimi przyjaciółkami - gwiazdami.
            Usłyszała jak ktoś bardzo szybko wbiega na górę po schodach, pomyślała nawet, że może to jakiś spóźniony gość Amy. Była właśnie na półpiętrze, kiedy czarnowłosy mężczyzna stanął na jej drodze, twarzą w twarz. Z jego ust wydobywał się parą przyspieszony, ciężki oddech, będący z pewnością nie tylko efektem wysiłku. Był wyraźnie zdenerwowany, pełen emocji, na jego obliczu malował się nieodgadniony smutek, jakaś dziwna obawa, wręcz przerażenie. Dyszał ciężko i przez pierwsze chwile, przenikliwie wpatrując się w nią, nie mógł wydobyć z siebie słowa. Była pewna, że coś musiało się stać, tylko co? Może przyszedł po Maxa, może coś z Patrizią?
            Zatrzymała się kilka schodków przed nim i zapytała z obawą, nie ukrywając zaskoczenia:
            - Bill…? Co ty tu robisz? Coś się stało?
            Przez dłuższą chwilę patrzył jej w oczy oddychając z trudnością. Przestraszyła się.
            - Bill… - ponagliła go, ale on wciąż się w nią wpatrywał, jakby nie potrafił wydobyć z siebie żadnego słowa.
            - Ja… - wydyszał w końcu. – Ja muszę to wiedzieć… Czy Amy jest moją córką…? – zapytał wprost słabym, zduszonym głosem, z ogromnym trudem wyartykułował te kilka słów, które były niczym świst szabli, albo ostre cięcie sztyletu, spadając na nią niespodziewanie i nagle, układając ostrze na jej gardle i przypierając tym samym do muru. Przytrzymała się poręczy, bo miała wrażenie, że stopień na którym stoi za chwilę zapadnie się pod nią, a ona poleci w dół, w głęboką otchłań. Choć może w tej chwili wolałaby, aby właśnie tak się stało. Sparaliżował ją strach, a silny uścisk w żołądku nie pozwolił na jakikolwiek ruch.
            Jak to się mogło stać, w jaki sposób dowiedział się? Kto mu powiedział i dlaczego? Kto mógł zrobić coś takiego? Co teraz? Jak ma to wszystko wytłumaczyć? Czy, aby nie jest za późno? W tej jednej chwili zrodziło się dziesiątki pytań i może właśnie przez nie odpowiedziała mu najgorzej, jak tylko mogła.
            - Od kogo się dowiedziałeś…? – wydusiła z przestrachem, ale tym pytaniem tylko upewniła go w domysłach. Spojrzał na nią wzrokiem, który od pierwszej chwili przepełniony był bólem, z jego oczu wylewał się ogrom żalu, w jakim w tej chwili musiało być skąpane jego zbolałe serce. Zawsze wiedziała, że go tym skrzywdziła, ale dopiero teraz pojęła jak bardzo…
            - Tylko tyle masz mi do powiedzenia? – zapytał z wyrzutem. Nie ukrywał zdenerwowania, bo prócz ogromnej przykrości także właśnie to czuł, był niemal wściekły, jego wzrok palił i oddychał z trudem. Wyglądał tak, jakby za chwilę w jego wnętrzu miał wybuchnąć wulkan, ale w końcu czego mogła się spodziewać? Sama niejednokrotnie zastanawiała się, jakby ona zareagowała na taką wieść i nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Zawsze tak bardzo bała się jego reakcji i dlatego tak długo zwlekała.
            Teraz ze zdwojoną siłą pożałowała swojego niezdecydowania, tego, że taki ogrom czasu trzymała to w tajemnicy i powstrzymywała się przed wyjawieniem mu prawdy, bo najprawdopodobniej ktoś brutalnie ją w tym wyręczył, a najgorsze było to, że musiała wszystko potwierdzić.
            - Tak, Amy to twoja córka… - wyznała ze skruchą i nie potrafiąc znieść jego oskarżycielskiego, zrozpaczonego wzroku, spuściła głowę.
            Widziała jak zaciska jedną dłoń na barierce, a druga, opuszczona wzdłuż ciała nieznacznie drży. Tak samo drżało teraz jej serce, bała się podnieść wzrok i spojrzeć mu w oczy. Wiedziała, że to co zrobiła było jej największym grzechem. Zataiła prawdę, która mogła wpłynąć na całe ich życie i z pewnością nie zostanie jej to tak po prostu wybaczone. Czy cokolwiek w ogóle mogło taki czyn usprawiedliwić? Teraz, nawet nie potrafiła wyobrazić sobie co on czuje… Skrzywdziła go, ukrywając to przez tyle lat z premedytacją. Oszukała człowieka, którego kochała przez całe życie i miała pełną świadomość, że teraz właśnie przez to, może go stracić na zawsze.
            Z wielką obawą znów spojrzała mu w oczy, w których wciąż widziała ogrom żalu i rozpaczy. Grymas bólu jaki malował się na jego twarzy, świadczył o stanie jego duszy. Widziała, jak z każdą sekundą narasta w nim wściekłość, zdradzały to drgające mięśnie na jego twarzy. Opuszczona jeszcze przed chwilą dłoń, złożyła się nagle w pięść, z impetem uderzając o ścianę. Zacisnął zęby, a w oczach pojawiły się łzy.
            - Jak mogłaś mi to zrobić…? – wycedził przez zęby z żalem, uporczywie się w nią wpatrując, jakby oczekiwał natychmiastowej odpowiedzi, doskonale wiedząc, że cokolwiek teraz nie powie, nie przyjmie tych słów do wiadomości.
            - Bill, posłuchaj…
            - Jak mogłaś?! – wykrzyczał tym razem, nie pozwalając jej mówić dalej, po czym natychmiast odwrócił się i zaczął zbiegać po schodach.
            - Bill, ja ci wszystko wytłumaczę, wysłuchaj mnie! – krzyknęła za nim, ale już nawet nie słyszała jego obecności na klatce.
            Panika i totalny mętlik w głowie całkowicie zablokował racjonalne myślenie. Stała wciąż w tym samym miejscu jak sparaliżowana i dopiero po chwili zrozumiała, że przecież od razu powinna za nim biec, jednak teraz jakiekolwiek szanse, aby go dogonić były znikome. Kiedy wybiegła z klatki właśnie odjeżdżał, niebezpiecznie włączając się do ulicznego ruchu. Za późno…
            Bezradna przystanęła na środku chodnika. I co teraz? Łzy już zdążyły zapiec ją pod powiekami. Pospiesznie wyjęła komórkę z torebki. Zadzwoni do niego, wszystko mu wytłumaczy, a jeśli nie będzie chciał odebrać, będzie dzwoniła do skutku. Nie, nie teraz! Teraz jedzie, a jest przecież zdenerwowany, poczeka… Tylko ile? Nie… Przez telefon nie będzie mu przecież nic tłumaczyć, umówi się z nim na spotkanie, wszystko opowie, będzie przekonująca i on na pewno ją zrozumie… A jeśli nie? Jeśli na zawsze go straciła?
            Zawładnął nią paniczny strach, zupełnie nie wiedziała co ma robić. Gdyby mieszkał sam, pojechałaby do niego i błagała o przebaczenie.
            - Boże... Jaka byłam głupia… - jęknęła sama do siebie. Przygryzła z bezsilności wargę. Wiedziała, że łzy jakie wezbrały pod powiekami za chwilę popłyną z jej oczu strumieniami i po chwili tak właśnie się stało, rozmyły całkowicie widziany przed chwilą obraz ulicy. Zwlekała, czekając na dogodny moment, na odpowiednie miejsce, na właściwy czas, gdy najgorszy scenariusz znowu napisało życie, a wszystko przez jej głupotę. Przecież mogła się z nim spotkać, poza tym już niejednokrotnie nadarzała się okazja żeby mu powiedzieć, a jednak nie zrobiła tego. Teraz tak bardzo tego żałowała.
            Szła przed siebie, ciągle trzymając w skostniałej z zimna dłoni komórkę. Łzy, które wypływały spod jej powiek, prawie zamarzały na policzkach. Wybrała w końcu numer do Billa, jednak nie odbierał, a kolejnym razem głos automatu oznajmił, że abonent ma wyłączony telefon, lub jest poza zasięgiem.
            Więc nie chciał z nią rozmawiać... W końcu czego mogła się spodziewać? Zrobiła mu najgorsze świństwo, chyba po stokroć gorsze od swojego wyjazdu te ponad szesnaście lat temu. Pozbawiła go możliwości patrzenia, jak dorasta jego dziecko, odebrała w najgorszy sposób najlepsze chwile i scedowała je świadomie na jego największego rywala, a zarazem wroga. Odarła tym samym z dumy, pozwalając tamtemu mężczyźnie odebrać wszelkie, należące do niego przywileje. I na dodatek dopuszczając do tego, aby o tym dowiedział się w najgorszy z możliwych sposobów. Jakim więc prawem teraz oczekiwała wybaczenia…?
            Ale tak bardzo chciała z nim porozmawiać, chociaż spróbować wszystko jakoś sensownie wyjaśnić, przyznać do błędu i obarczyć winą, bo przecież temu wszystkiemu zawiniła jedynie ona. Musi, po prostu musi to zrobić… I zrobi wszystko, aby ją wysłuchał, nawet gdyby miała narazić się na śmieszność.
            Schowała telefon i wyciągnęła z kieszeni rękawiczki. Prawie nie czuła skostniałych z zimna dłoni i policzków. Z tego wszystkiego nie pojechała własnym autem, tylko wzięła taksówkę. Była zbyt roztrzęsiona, żeby prowadzić i wciąż nie potrafiła się uspokoić, a kiedy stanęła pod drzwiami Julii była całkowicie rozmazana, zapłakana i przemarznięta. Sama nie wiedziała, czy trzęsie się z zimna, czy ciągle z emocji.
            - Chryste Panie... - zalamentowała przyjaciółka na jej widok. - Co się stało?!
            - O-onnn... on w-wie-e... - zaszczękała zębami.
            - Co wie? Kto wie? No wchodź i rozbieraj się, zaraz zrobię ci gorącej herbaty - wciągnęła ją do domu Julia, zastanawiając się co jest przyczyną tak tragicznego stanu Babette.
            - Bill, dowiedział się o Amy... - wydusiła z siebie - Nie wiem skąd, nie wiem od kogo, ale najgorsze jest to, że nie ode mnie...