Część 20. „Udręczone dusze”
Nawet
nie pytał, czy będzie mógł się nią opiekować w chorobie, po prostu uznał to za
swój obowiązek. Jednak był jeszcze ktoś, kto chociażby powinien wiedzieć o tym,
co się stało.
-
Doktor zostawił tabletki od gorączki, dobrze by było, gdybyś je teraz połknęła
- zwrócił się do Karen i siadając na brzegu łóżka, podał jej lekarstwo oraz
szklankę wypełnioną ciepłym płynem. Podniosła się, odbierając to wszystko z
jego rąk.
-
Nie powinnaś zadzwonić do męża? - zapytał cicho, obserwując z uwagą każdy jej
ruch. Właśnie popijała tabletkę, kiedy zadał to pytanie, toteż nagle spojrzała
na niego znad szklanki, a gdy mu ją oddawała, odpowiedziała tylko:
-
Nie ma takiej potrzeby - po czym znów obsunęła się do pozycji leżącej,
przykrywając szczelnie kołdrą.
-
Dlaczego? - drążył. - Chyba ma prawo wiedzieć, że jesteś chora. Może
przyjedzie? - Sam nie wierzył, że to powiedział. Powrót Franza był w tej chwili
ostatnią rzeczą, której by chciał.
-
Nie przyjedzie - powiedziała z całym przekonaniem. - Ma jakieś kłopoty w
firmie.
-
To dlatego tak wcześnie wyjechał? - zapytał Bill, ale miał nadzieję, że będzie
to jakiś zupełnie inny powód.
Karen
dla potwierdzenia skinęła jedynie głową.
-
Przepraszam, że ci nie powiedziałem - zaczął po chwili temat, który od wczoraj
tak bardzo go nurtował, badawczo spoglądając na leżącą w łóżku dziewczynę. Nie
odpowiadała, dając tym samym możliwość tłumaczenia. - Właściwie nie wiem,
dlaczego się na to zgodziłem... Wtedy nawet jeszcze cię nie lubiłem -
uśmiechnął się lekko. Spojrzała mu prosto w oczy i przerwała wypowiedź
pytaniem:
-
A teraz?
-
Myślę, że wiesz... Powinnaś to czuć - odparł, nie przerywając wzrokowego
kontaktu.
-
Tak mi się wydawało, aż do niedzieli.
-
Zwątpiłaś?
-
A ty byś nie zwątpił? - zapytała z wyrzutem. - W dodatku gdyby ci ktoś tak
obcesowo to powiedział?
-
Nie wiem, zależy jak.
-
Prosto z mostu, że spędzasz ze mną czas dlatego, że on o to poprosił i tylko
dlatego mu nie odmówiłeś, bo boisz się stracić takich klientów.
Wiedział,
że Franz po części miał rację, ponieważ wtedy właśnie dlatego się na to
wszystko zgodził. Jednak gdyby jej nie polubił, na pewno unikałby wszelkiego z
nią kontaktu, a ich znajomość z pewnością nie nabrałaby takiego wymiaru.
-
Nie odmówiłem mu z szacunku. Fakt, jest moim klientem odkąd mam ten hotel, ale
gdybym cię nie polubił, żadna siła nie zmusiłaby mnie do dotrzymywania ci
towarzystwa. Zgodziłem się bardziej dla świętego spokoju, ale potem wyszło, jak
wyszło - uśmiechnął się. - W te dni, gdy się nie widzieliśmy, bardzo mi ciebie
brakowało.
-
Mi ciebie też - wtrąciła ledwie dosłyszalnie.
-
A nie powiedziałem ci o tym tylko dlatego, bo nie chciałem sprawiać ci przykrości
ani mówić o nim źle - dokończył.
-
On by się nie zawahał.
-
Ale ja nim nie jestem.
-
Wiem, ty jesteś po stokroć lepszy - odpowiedziała Karen, wtulając się w
poduszkę.
-
Nie jestem znowu taki dobry - uśmiechnął się i puścił jej oczko. - Ale ty chyba
powinnaś się przespać, co?
-
Spróbuję - zgodziła się.
Kiedy
zasnęła, pojechał do apteki wykupić lekarstwa. Czuł w sobie radość, że może się
nią opiekować, chociaż zdecydowanie wolałby, żeby była zdrowa, aby pójść razem
na spacer. Jednak fakt, że mógł teraz jej pomóc, wzbudzał w nim nieznane dotąd
instynkty. Jadąc, rozpamiętywał jej wszystkie słowa i wszystkie
niedopowiedzenia. Serce trzepotało mu w piersi na samo wspomnienie nieśmiałych
pytań o to, co do niej czuje. Gdyby mógł powiedzieć jej, że to nie jest już
żadna przyjaźń, że w jego sercu rodzi się dokładnie to wszystko, o czym kiedyś
tylko marzył...
Kiedy
nagle zabrakło jej w te dni, nie umiał sobie znaleźć miejsca i nic nie było w
stanie wypełnić mu tej pustki. Przy niej zaczynał żyć, a w jego wnętrzu wszystko
drżało z radości, otulając przyjemnym ciepłem na dźwięk jej głosu. Nawet teraz,
kiedy w markecie wybierał najlepsze owoce, wkładał do koszyka najdroższe soki,
myślał tylko o niej i sam do siebie uśmiechał się na myśl, że za kilkanaście
minut znów ją zobaczy.
Spała
jeszcze, gdy wrócił. Oddychała spokojnie i miarowo. Delikatnie odgarnął pasemko
włosów z jej policzka i lekko dotknął czoła. Nie była już tak rozpalona, więc
pewnie tabletka zaczęła działać. Cichutko postawił lekarstwa na szafce przy jej
łóżku i zabrał się za wypakowywanie zakupów. Nie miał pojęcia, na co będzie
miała ochotę, jednakowoż przez te kilkanaście wspólnie spędzonych dni zdążył
się dowiedzieć, co lubi, i to też kupił. Miał zamiar pójść do siebie i przebrać
się w dres, bo skoro miał się nią opiekować, jego ubranie powinno być swobodne
i wygodne. Lecz kiedy miał właśnie wychodzić, usłyszał jej cichy głos:
-
Bill, jesteś tam?
Natychmiast
wrócił się spod samych drzwi.
-
Potrzebujesz czegoś? - Wchodząc do sypialni, powitał ją promiennym uśmiechem.
-
Nie... Chciałam tylko wiedzieć, czy już jesteś.
-
Jestem, pewnie że jestem. Kupiłem lekarstwa, owoce, soki, jeśli będziesz miała
na coś ochotę, po prostu mów. - Popatrzył na nią wzrokiem pełnym ciepła, a
szczęście malowało mu na twarzy radosny uśmiech, dla niej najpiękniejszy na
świecie. Był kimś wyjątkowym i wspaniałym, czy kogoś takiego można
było nie pokochać? Uwierzyła w jego zapewnienia, we wszystkie wypowiedziane
przez niego słowa. Podświadomie czuła, że musi mówić prawdę. Nie poświęcałby
się aż tak, dotrzymując jej towarzystwa, gdyby jej nie polubił. Starała się
myśleć teraz swoimi kategoriami, co ona zrobiłaby w takiej sytuacji? Z całym
przekonaniem stwierdziła, że za żadną cenę nie męczyłaby się w towarzystwie
kogoś, kogo nie obdarzyłaby sympatią. Chciała w to uwierzyć, więc całym sercem wierzyła,
że on myśli tak samo.
-
Koniecznie musisz do soboty wyzdrowieć - powiedział, biorąc ją za rękę. Poczuła
przyjemny dreszcz. Czy właśnie tak objawia się ta prawdziwa miłość i
towarzyszące jej pożądanie?
-
A co będzie w sobotę? - zapytała ciekawie, tłumiąc w sobie rodzące się
odczucia.
-
Koncert - odparł głosem pełnym entuzjazmu.
-
To już ta sobota? Ależ zleciało... - zdziwiła się.
-
Mam nadzieję, że twój mąż nie będzie miał nic przeciwko temu, żebyś przyszła. A
może przyjdzie z tobą? - zaproponował uprzejmie Bill, chociaż to ostatnie
zdanie ledwie przeszło mu przez gardło.
-
Nie sądzę, żeby przyjechał na ten weekend.
Gdyby
nie jej bliskość, teraz z pewnością odetchnąłby z ogromną ulgą. Niesamowicie
ucieszyło go to, co usłyszał. Dla niego Franz Hoffmann mógłby właściwie nie
wracać tu już nigdy i całkowicie zniknąć z powierzchni ziemi, jednak wiedział,
że jest to absolutnie niemożliwe.
-
Tak ci powiedział? - zapytał, aby się upewnić i nie cieszyć zawczasu.
-
Niedosłownie, powiedział, że nie wie, kiedy znów przyjedzie, a to raczej
oznacza, że nieprędko.
Nie
okazywał, jak bardzo cieszą go jej słowa. Starając się z całej siły opanować
swoją radość, wydusił tylko:
-
W takim razie będziesz tam ze mną.
-
Z przyjemnością - odparła, świadomie wybierając właśnie to określenie.
Uśmiechnął
się z zadowoleniem.
-
Przywiozłem kilka filmów, wybierz sobie jakiś, a ja pójdę do siebie, wezmę
prysznic i przebiorę się w dres - powiedział i przynosząc całą torbę płyt dvd,
położył jej na łóżku. Zajrzała do niej z ciekawością.
-
Hm... - mruknęła. - Trochę tego jest, niektórych nie oglądałam. Ale na razie
poproszę to! - Uśmiechnęła się, podając mu „Titanica”.
-
Jeśli ty skoczysz, ja też skoczę...
-
Słucham? - zapytała, w ogóle nie rozumiejąc, o co mu chodzi, jednak zanim zdążył
wyjaśnić, skojarzyła: - Ah, no tak... Nie załapałam.
-
To pewnie przez gorączkę. - Puścił jej oczko i obydwoje się roześmieli. Włączył
film.
-
Dobrze, więc idę, a ty tu leż grzecznie i czekaj na mnie.
-
A po co? Wstanę i pójdę pospacerować - odparła żartobliwie.
-
No! - pogroził jej palcem i zniknął za drzwiami, lecz za chwilę wrócił i
oznajmił z całą stanowczością: - Aha, byłbym zapomniał! Dzisiaj śpię tutaj, na
kanapie.
***
Dzięki
jego wspaniałej opiece Karen szybko wracała do zdrowia. Po dwóch dniach już w
ogóle nie miała temperatury. To on pilnował godzin przyjmowania leków, jak
również tego, żeby odpowiednio się odżywiała. Obowiązkowo serwował każdego dnia
potrzebną ilość witamin zawartą w owocach i sokach, zawsze był tuż obok, na
każde jej zawołanie, spędzając każdą noc w salonie na kanapie, tak na wszelki
wypadek, gdyby go potrzebowała.
-
Byłbyś dobrym ojcem, zajmujesz się mną z taką troską - powiedziała mu któregoś
dnia, kiedy leżąc pod kocem, oglądała jakąś kolejną, romantyczną komedię, na
której w ogóle nie mogła się skupić. Właśnie tego dnia po raz pierwszy pozwolił
jej wyjść z łóżka i się ubrać, jednak tylko pod warunkiem, że jeszcze poleży.
Nie miała wyjścia i musiała się zgodzić, bo w tej kwestii był nieugięty. Jednak
nie było to dla niej żadną katorgą, bo choć miała już dość godzin spędzonych na
leżeniu, te różniły się od poprzednich zdecydowanie. Tym razem on był tak
blisko jak jeszcze nigdy dotąd przez tak długi czas. Mógł przecież usiąść na
sąsiedniej, stojącej prostopadle kanapie, jednak on się na niej najzwyczajniej
położył, mając tuż obok, jej spoczywającą na poduszce głowę. Gdy położył dłoń
na jej czole troskliwie sprawdzając, czy przypadkiem nie ma temperatury,
wypowiedziała właśnie słowa o jego niewątpliwie wspaniałym, przyszłym
ojcostwie.
-
Może i chciałbym nim być, a może już bym był - odpowiedział z dziwną
melancholią w głosie. Niemal natychmiast odwróciła się i spojrzała mu w oczy.
Co takiego miał na myśli? A może kiedyś zdarzyło się coś, czego jej nigdy nie
wyjawił?
Nagle
w jej sercu zrodziła się zazdrość o jego przeszłość, choć nawet nie miała prawa
tak myśleć, jednak to właśnie czuła i nie umiała się przed tym bronić.
-
Więc ktoś miał taką szansę... - powiedziała, by podtrzymać tę rozmowę i dowiedzieć
się czegoś więcej.
-
Ale ten ktoś jej nie chciał - odparł ze smutkiem.
Tak
bardzo chciałaby krzyknąć, że ona była idiotką! Tak, ona! Chociaż nie wiedziała
nawet o kim mowa i w ogóle niczego o tej osobie nie wiedziała. Jaka szkoda, że
mogła tak wołać tylko w swoich myślach... Nie potrafiła jednak się powstrzymać
od jednej, małej uwagi:
-
Nie znam jej, ale na pewno na ciebie nie zasługiwała.
-
Może, ale to małe pocieszenie.
-
Kochałeś ją? - zapytała Karen, ale widząc jego spojrzenie, szybko tego pożałowała.
Przestraszyła się, że ta rozmowa zaszła za daleko, a ona wstąpiła z buciorami
na jego prywatny teren. Za bardzo się zagalopowała, ale nie było odwrotu,
pozostawało tylko czekać na odpowiedź.
Tymczasem,
ku jej zdziwieniu, usłyszała tylko łagodne:
-
Wtedy wydawało mi się, że bardzo... Kiedy odeszła, czułem się zraniony i gdyby
nie Nadia, nie wiem, jak bym się wygrzebał z tego dołka. Teraz właściwie już
sam nie wiem... Myślę jednak, że gdybym kochał prawdziwie, nie umiałbym tak
prędko o niej zapomnieć.
-
A może po prostu za bardzo cię zraniła, żebyś mógł ją nadal kochać?
-
Nie sądzę, nawet zraniony nie umiałbym zapomnieć, bo ja nie rozpamiętuję
czyichś błędów, szybko rozgrzeszam jeśli kocham. No i wciąż czekam na tą
jedyną, prawdziwą miłość, i wiem jedno: teraz będę rozsądny, obiecałem sobie,
że już nigdy nie zakocham się w nieodpowiedniej kobiecie - odparł całkiem
poważnie, choć dawno przestał wierzyć w te słowa. Ta, którą właśnie pokochał,
była tuż obok, a on po prostu nie mógł jej o tym powiedzieć.
-
I będziesz umiał tak wyselekcjonować? - zapytała Karen.
-
Nie wiem, Karen, ale będę się starał. Po prostu muszę... - westchnął.
No
cóż... Ona z pewnością była właśnie tą nieodpowiednią kobietą - jak to określił
- chociażby z tego powodu, że była mężatką. Toteż nawet nie powinna mieć
jakichkolwiek złudzeń, że może stać się dla niego kimś więcej niż tylko
przyjaciółką. Zresztą na inne niż przyjacielskie relacje nie miała nawet
nadziei, nawet na krótki romans, na małą, choćby najmniejszą zdradę, na jeden,
krótki pocałunek... On był zbyt szlachetny i rozsądny, aby się wikłać w takie
układy, a to, że ją lubił, jeszcze nie oznaczało, że choćby w maleńkim stopniu
jej pragnął, już nawet nie wspominając o jakimkolwiek innym uczuciu.
Musiała
więc zadowolić się tylko koleżeńskim rodzajem bliskości. Mogła go kochać
wyłącznie platonicznie, podobnie zresztą jak i on ją. Jednakże tego nawet się
nie domyślała.
***
Po
tych chłodniejszych dniach znów zrobiło się słonecznie i bardzo ciepło, toteż
Bill, po konsultacji z lekarzem, zabrał Karen w sobotnie przedpołudnie na
krótki spacer, który zakończyli odpoczynkiem przy kawie na tarasie restauracji.
-
Trochę się denerwuję - mruknął, wpatrując się w drogę prowadzącą do głównej
bramy wyjazdowej.
-
Dlaczego? - zapytała dziewczyna.
-
Jest po jedenastej, a ich jeszcze nie ma.
-
Może po prostu zadzwoń - uśmiechnęła się Karen.
-
Wątpię, czy Tom włączył telefon, już rano próbowałem. Jeśli jadą, pewnie śpi w
busie.
-
Mimo to spróbuj, dla swojego spokoju.
Kolejny
raz wybrał w swoim telefonie połączenie z bratem, jednak znów zgłosiła się
poczta głosowa.
-
Nic z tego... - jęknął ze zrezygnowaniem. - Napiszę mu chociaż sms-a, może
raczy łaskawie odpisać.
Karen
nie odpowiedziała, zbyt zaabsorbowana obserwacją okolicy.
-
Jadą! - krzyknęła nagle, a zajęty stukaniem w klawiaturę telefonu Bill, aż się
wzdrygnął.
-
Nareszcie - powiedział z ulgą, po czym obydwoje wstali i ruszyli na powitanie
przybyłych.
-
No co tak późno? - zwrócił się z wyrzutem do brata, kiedy tylko zobaczył go w
drzwiach tourbusa.
-
Przecież musiał do laski po drodze - skwitował z odpowiednią miną Georg. -
Czekaliśmy tam na niego ze czterdzieści minut.
-
Nie czterdzieści, tylko pół godziny. Ty jak zwykle wyolbrzymiasz - odparował
Tom. - Hej, braciszku - uściskał Billa.
-
Już się denerwowałem, trzeba przecież próbę jeszcze zrobić, no i musicie
odpocząć przed koncertem.
-
Zdążymy, wszystko zdążymy - śmiał się Tom, biorąc swoją podręczną torbę, po
czym spojrzał na Karen i wyciągnął do niej rękę: - Cześć.
Dziewczyna
z uśmiechem uścisnęła mu dłoń.
-
Cześć.
-
W takim razie idziemy - zakomunikował Bill i zwrócił się do pozostałych. – No
co tam chłopaki?
-
Już, już - odparł Gustav, tłumacząc jeszcze coś mężczyźnie z ekipy technicznej,
której ciężarówka wjechała tuż za busem.
-
Macie osobne pokoje, tylko proszę grzecznie - Gospodarz zwrócił się do idących
tuż obok Georga i Olivera, wymownie patrząc na tego drugiego.
-
Masz jak w banku - roześmiał się kumpel.
-
A gdzie właściwie jest Erik? Jakby technicy mieli problem, niech dzwonią, wyślę
Kristofa - Bill tym razem zagadnął wchodzącego tuż za nimi Gustava.
-
Jasne, zaraz wszystko poznoszą, a Erik dojedzie po południu. Miał jeszcze coś
pilnego do załatwienia w Berlinie.
-
Anette, zawołaj obsługę, niech pokierują facetów ze sprzętem. I poproszę karty
od pokoi chłopaków. To jest twoja, Tom. - Podał bratu elektroniczny klucz do
jego pokoju. - Blisko mnie, tak na wszelki wypadek - Puścił mu oczko i rozdał
pozostałe karty. - A tu wasze.
Kiedy
ruszyli w stronę windy, zwrócił się z troską do Karen:
-
Nie wychodź już dzisiaj, dobrze? Wystarczy jak na pierwszy raz.
Zdezorientowany
Tom, przeniósł wzrok z Billa na Karen i odwrotnie, przysłuchując się tej
krótkiej wymianie zdań.
-
Zejdę tylko na obiad - odparła dziewczyna.
-
Bądź gotowa tak gdzieś na dziewiętnastą trzydzieści, okay? Przyjdę po ciebie.
-
Dobrze, będę - uśmiechnęła się i wyszła na korytarz, bo winda właśnie zatrzymała
się na jej piętrze. - Na razie.
-
Na razie - odpowiedzieli bliźniacy niemal równocześnie.
-
Co tu jest grane? - Tom podejrzliwie spojrzał na Billa, kiedy tylko zamknęły
się drzwi.
-
Nic. - Czarnowłosy wzruszył ramionami. - A co ma niby być?
-
Coś tu się dzieje, przecież widzę, bo niby skąd twoja troska?
-
Rozchorowała się, stąd ta troska - roześmiał się Bill.
-
A ty się nią opiekowałeś, tak? Oj, ty lepiej uważaj, bo jak się jej stary
dowie... - Tom pokręcił głową i ruszył za bliźniakiem w stronę jego pokoju.
-
Sam mnie o to prosił - skwitował Bill, otwierając swój apartament, do którego
po chwili weszli, zamykając drzwi.
-
Prosił, czy nie prosił... Ja bym nie ryzykował, wiedząc, kim on jest - Cmoknął
brat.
-
A niby kim ma być? Prowadzi jakieś interesy, to wszystko. Żadna gruba ryba.
-
Ta... Jasne - mruknął Tom. – Owszem, prowadzi interesy, tylko jakie.
-
No jakie? - zapytał Bill, śmiejąc się. W ogóle nie zdawał sobie sprawy, o czym
chce powiedzieć mu bliźniak.
-
No nie wiem, czy chcesz to wiedzieć - Brat pokręcił głową. – Kilka dni temu,
zupełnie przypadkiem przypomniałem sobie, skąd go znam.
Miodzio!
OdpowiedzUsuńPo pierwsze, czekam z niecierpliwością aż anioł i Karen ujawnia swoje uczucia... ale kto powie o tym pierwszy?
Po drugie, kim ten Franz jest ?! Jakiś narkotykowy diler który później będzie ścigać kochanków za ich miłość?:)
Weszłam dziś w spam i okazało się, że nie wiadomo dlaczego tam się Twój komentarz zapisał, ale go przywróciłam!
UsuńBill świetnie sprawdził sie w roli opiekuna i... z pewnością byłby dobrym ojcem. Mam nadzieje, ze kiedyś nim zostanie :D z reszta myśle, ze nawet ten prawdziwy Bill mógłby być dobrym ojcem xD pewnie by rozpieścił strasznie dziecko, ale jakoś tak mi się wydaje xD
OdpowiedzUsuńA Tom widzę Billa dobrze wyczuł :P teraz to... chce się tylko dowiedzieć skąd może kojarzyć Hoffmanna :D
Wybacz, ze tak późno kochana, ale chyba lepiej późno niż wcale! Czekam wiec już niecierpliwie na następny rozdział. Buziaki :*
No gdyby nie Ty, nie byłoby nawet komentarza pod rozdziałem. To przykre, że tyle osób dziennie wchodzi, a nikomu się nie chce napisać choćby zdania opinii. Tym oto sposobem, to jest ostatnie opowiadanie jakie tu zamieszczam, bo jak kwiat więdnie bez wody, tak bez motywacji to nawet pisać się nie chce. Albo może mi się tylko wydaje, że pisze w miarę nieźle, więc dlatego?
UsuńWracając do treści opowiadania, już w następnej części się dowiesz skąd Tom zna Franza.
Dziękuję kochana i ściskam Cię mocno ;*
:(
UsuńJa mam tu jakiś jeden wielki problem z dodawaniem komentarzy...
OdpowiedzUsuńDodałam go od razu po przeczytaniu tudzież tego samego dnia gdy ten rozdział tutaj zagościł a dziś patrzę a tu pustka...
Wiem ze to ważne aby zostawić swój ślad także pamiętaj, ze zawsze tu jestem i kibicuje Billowi i Karen i już czekam na jakaś akcje :D
Ja za to musiałam zdjąć ostrzeżenie o treściach dla dorosłych, bo na własny blog mnie nie chciało wpuścić :D No co poradzić złośliwość, niemniej cieszę się, że jesteś.
UsuńA co do akcji, to będą, oj będą, może nie takie, na jakie czekasz, ale podzieje się.
Dziękuję, ściskam i pozdrawiam ;*